Inni tak właśnie zrobili. Uśmiechali się teraz z wyższością, gdy miotał się, usiłując bezskutecznie zsunąć w dół po ścianie. Ich stopy tkwiły pewnie pod chromowanymi prętami biegnącymi w równych, dwustopowych odstępach w poprzek podłogi. Zauważył te pręty, gdy wchodził, ale nie zainteresował się nimi.
W końcu wysunęła się w jego stronę jakaś ręka i ściągnęła go na dół.
Gdy winda się zatrzymała, wykrztusił słowa podziękowania.
Wyszedł na otwarty taras skąpany w białym, ostrym świetle, które poraziło go. Człowiek, który przed chwilą wyciągnął do niego pomocną dłoń, natychmiast znalazł się za nim.
– Dużo wolnych miejsc – powiedział zachęcającym tonem.
Gaal zawstydził się. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że cały czas gapił się z otwartymi ustami. W końcu odrzekł:
– Na to wygląda.
Ruszył odruchowo w kierunku ławek, ale zatrzymał się w pół drogi.
– Pozwoli pan, że postoję chwilę przy balustradzie? Chcę… chcę trochę popatrzeć.
W odpowiedzi nieznajomy skinął ze zrozumieniem ręką, a Gaal przechylił się przez sięgającą mu do ramion balustradę i pogrążył się w kontemplacji.