Fundacja
Isaac Asimov — Science fiction

Inni tak wła­śnie zro­bili. Uśmie­chali się teraz z wyż­szo­ścią, gdy mio­tał się, usi­łu­jąc bez­sku­tecz­nie zsu­nąć w dół po ścia­nie. Ich stopy tkwiły pew­nie pod chro­mo­wa­nymi prę­tami bie­gną­cymi w rów­nych, dwu­sto­po­wych odstę­pach w poprzek pod­łogi. Zauwa­żył te pręty, gdy wcho­dził, ale nie zain­te­re­so­wał się nimi.

W końcu wysu­nęła się w jego stronę jakaś ręka i ścią­gnęła go na dół.

Gdy winda się zatrzy­mała, wykrztu­sił słowa podzię­ko­wa­nia.

Wyszedł na otwarty taras ską­pany w bia­łym, ostrym świe­tle, które pora­ziło go. Czło­wiek, który przed chwilą wycią­gnął do niego pomocną dłoń, natych­miast zna­lazł się za nim.

– Dużo wol­nych miejsc – powie­dział zachę­ca­ją­cym tonem.

Gaal zawsty­dził się. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że cały czas gapił się z otwar­tymi ustami. W końcu odrzekł:

– Na to wygląda.

Ruszył odru­chowo w kie­runku ławek, ale zatrzy­mał się w pół drogi.

– Pozwoli pan, że postoję chwilę przy balu­stra­dzie? Chcę… chcę tro­chę popa­trzeć.

W odpo­wie­dzi nie­zna­jomy ski­nął ze zro­zu­mie­niem ręką, a Gaal prze­chy­lił się przez się­ga­jącą mu do ramion balu­stradę i pogrą­żył się w kon­tem­pla­cji.