Fundacja
Isaac Asimov — Science fiction

W gma­twa­ni­nie roz­po­ście­ra­ją­cych się wszę­dzie kon­struk­cji, będą­cych dzie­łem ludz­kich rąk, nie mógł doj­rzeć ziemi. Jak okiem się­gnąć, nic tylko metal i niebo zle­wa­jące się na hory­zon­cie w nie­mal jed­no­litą sza­rość. Wie­dział, że tak wygląda cała powierzch­nia pla­nety. Wszystko wokół było jak mar­twe, zasty­głe w bez­ru­chu, jedy­nie w górze, na tle nieba, widać było kilka wolno poru­sza­ją­cych się stat­ków spa­ce­ro­wych, ale pod tą meta­lową sko­rupą wrzało życie, uwi­jały się miliardy ludzi.

Oko próżno szu­kało choćby plamki zie­leni. Nie widać było nie tylko zie­leni, ale nawet choćby skrawka gołej ziemi. Ni­gdzie ani śladu życia, oprócz wido­mych oznak ludz­kiej dzia­łal­no­ści. Gdzieś na tym świe­cie – prze­mknęła mu nie­ja­sna myśl – oto­czony setką mil kwa­dra­to­wych praw­dzi­wej ziemi, pośród drzew i róż­no­barw­nych kwia­tów, wznosi się pałac impe­ra­tora, mała wysepka na oce­anie stali. Nie było go jed­nak widać z miej­sca, gdzie stał Gaal. Mógł się prze­cież znaj­do­wać dzie­sięć tysięcy mil dalej.

Trzeba się będzie wkrótce wybrać na wycieczkę w prze­strzeń! – posta­no­wił.