W gmatwaninie rozpościerających się wszędzie konstrukcji, będących dziełem ludzkich rąk, nie mógł dojrzeć ziemi. Jak okiem sięgnąć, nic tylko metal i niebo zlewające się na horyzoncie w niemal jednolitą szarość. Wiedział, że tak wygląda cała powierzchnia planety. Wszystko wokół było jak martwe, zastygłe w bezruchu, jedynie w górze, na tle nieba, widać było kilka wolno poruszających się statków spacerowych, ale pod tą metalową skorupą wrzało życie, uwijały się miliardy ludzi.
Oko próżno szukało choćby plamki zieleni. Nie widać było nie tylko zieleni, ale nawet choćby skrawka gołej ziemi. Nigdzie ani śladu życia, oprócz widomych oznak ludzkiej działalności. Gdzieś na tym świecie – przemknęła mu niejasna myśl – otoczony setką mil kwadratowych prawdziwej ziemi, pośród drzew i różnobarwnych kwiatów, wznosi się pałac imperatora, mała wysepka na oceanie stali. Nie było go jednak widać z miejsca, gdzie stał Gaal. Mógł się przecież znajdować dziesięć tysięcy mil dalej.
Trzeba się będzie wkrótce wybrać na wycieczkę w przestrzeń! – postanowił.