Westchnął głęboko i uświadomił sobie ostatecznie z całą wyrazistością, że znalazł się w końcu na Trantorze, planecie, która była centrum Galaktyki i najważniejszym ośrodkiem rodzaju ludzkiego. Nie uświadamiał sobie jej słabości. Nie widział lądujących statków z żywnością. Nie przeczuwał istnienia tej delikatnej żyły łączącej czterdzieści miliardów Trantorczyków z resztą Galaktyki. Zdawał sobie sprawę tylko z tego, że zobaczył największe dzieło człowieka – całkowity i niemal pogardliwy w swej ostateczności podbój świata.
Gdy odchodził od barierki, jego oczy miały trochę nieobecny wyraz. Znajomy z windy wskazał mu miejsce obok siebie. Gaal usiadł.
Mężczyzna uśmiechnął się.
– Jestem Jerril. Pierwszy raz na Trantorze?
– Tak, panie Jerril.
– Tak myślałem. Jerril to moje imię. Trantor dziwnie wpływa na ludzi o poetycznym usposobieniu. Jednak Trantorczycy nigdy tu nie przychodzą. Nie lubią tego. Działa im to na nerwy.
– Działa na nerwy? Aha, mam na imię Gaal. Dlaczego miałoby to działać im na nerwy? To jest wspaniałe!