Fundacja
Isaac Asimov — Science fiction

Wes­tchnął głę­boko i uświa­do­mił sobie osta­tecz­nie z całą wyra­zi­sto­ścią, że zna­lazł się w końcu na Tran­to­rze, pla­ne­cie, która była cen­trum Galak­tyki i naj­waż­niej­szym ośrod­kiem rodzaju ludz­kiego. Nie uświa­da­miał sobie jej sła­bo­ści. Nie widział lądu­ją­cych stat­ków z żyw­no­ścią. Nie prze­czu­wał ist­nie­nia tej deli­kat­nej żyły łączą­cej czter­dzie­ści miliar­dów Tran­tor­czy­ków z resztą Galak­tyki. Zda­wał sobie sprawę tylko z tego, że zoba­czył naj­więk­sze dzieło czło­wieka – cał­ko­wity i nie­mal pogar­dliwy w swej osta­tecz­no­ści pod­bój świata.

Gdy odcho­dził od barierki, jego oczy miały tro­chę nie­obecny wyraz. Zna­jomy z windy wska­zał mu miej­sce obok sie­bie. Gaal usiadł.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się.

– Jestem Jer­ril. Pierw­szy raz na Tran­to­rze?

– Tak, panie Jer­ril.

– Tak myśla­łem. Jer­ril to moje imię. Tran­tor dziw­nie wpływa na ludzi o poetycz­nym uspo­so­bie­niu. Jed­nak Tran­torczycy ni­gdy tu nie przy­cho­dzą. Nie lubią tego. Działa im to na nerwy.

– Działa na nerwy? Aha, mam na imię Gaal. Dla­czego mia­łoby to dzia­łać im na nerwy? To jest wspa­niałe!