– To rzecz względna, Gaalu. Jeśli rodzisz się w ciasnej klitce, dzieciństwo spędzasz na korytarzu, pracujesz w małej komórce, a na wakacje jedziesz do zatłoczonego pokoju słonecznego, to taki wypad na otwarte powietrze, gdzie widzisz tylko niebo nad głową, może się skończyć załamaniem nerwowym. Wysyła się tu dzieci, raz na rok, odkąd skończą pięć lat. Nie wiem, czy to ma jakiś sens. Dzieciom to naprawdę nie wystarcza, a w czasie kilku pierwszych pobytów tutaj zawsze wpadają w histerię. Trzeba by zaczynać, gdy tylko odstawi się dziecko od piersi, i taka wycieczka powinna się odbywać co tydzień. Oczywiście, prawdę mówiąc, nie ma to znaczenia – ciągnął. – Czy coś by się stało, gdyby ludzie w ogóle tu nie przychodzili? Są szczęśliwi tam, na dole, i kierują całym Imperium… Jak myślisz, na jakiej jesteśmy wysokości?
– Pół mili? – powiedział Gaal, zastanawiając się, czy nie brzmi to naiwnie. Chyba tak było, bo Jerril zachichotał.
– Nie. Tylko pięciuset stóp.
– Co? Przecież winda wiozła nas…