Fundacja
Isaac Asimov — Science fiction

– To rzecz względna, Gaalu. Jeśli rodzisz się w cia­snej klitce, dzie­ciń­stwo spę­dzasz na kory­ta­rzu, pra­cu­jesz w małej komórce, a na waka­cje jedziesz do zatło­czo­nego pokoju sło­necz­nego, to taki wypad na otwarte powie­trze, gdzie widzisz tylko niebo nad głową, może się skoń­czyć zała­ma­niem ner­wo­wym. Wysyła się tu dzieci, raz na rok, odkąd skoń­czą pięć lat. Nie wiem, czy to ma jakiś sens. Dzie­ciom to naprawdę nie wystar­cza, a w cza­sie kilku pierw­szych poby­tów tutaj zawsze wpa­dają w histe­rię. Trzeba by zaczy­nać, gdy tylko odstawi się dziecko od piersi, i taka wycieczka powinna się odby­wać co tydzień. Oczy­wi­ście, prawdę mówiąc, nie ma to zna­cze­nia – cią­gnął. – Czy coś by się stało, gdyby ludzie w ogóle tu nie przy­cho­dzili? Są szczę­śliwi tam, na dole, i kie­rują całym Impe­rium… Jak myślisz, na jakiej jeste­śmy wyso­ko­ści?

– Pół mili? – powie­dział Gaal, zasta­na­wia­jąc się, czy nie brzmi to naiw­nie. Chyba tak było, bo Jer­ril zachi­cho­tał.

– Nie. Tylko pię­ciu­set stóp.

– Co? Prze­cież winda wio­zła nas…