Fundacja
Isaac Asimov — Science fiction

Roz­cza­ro­wany sko­kiem, po któ­rym tyle sobie obie­cy­wał, Gaal cze­kał już tylko na widok Tran­tora. Zacho­dził czę­sto do pokoju wido­ko­wego. Sta­lowe osłony okien roz­su­wały się w zapo­wie­dzia­nych momen­tach i Dornick zawsze był wtedy na miej­scu, patrząc na zimne lśnie­nie pla­net i podzi­wia­jąc nie­wia­ry­godny, mgli­sty rój gwiazd uno­szący się w prze­strzeni niczym wielka, zasty­gła w ruchu chmura świe­tli­ków. W pew­nej chwili poja­wiła się za oknem, niby struga mleka, gazowa mgła­wica odle­gła o pięć lat świetl­nych od statku, napeł­nia­jąc pomiesz­cze­nie lodo­wa­tym bla­skiem i zni­ka­jąc dwie godziny póź­niej, pod­czas następ­nego skoku.

Kiedy słońce Tran­tora zna­la­zło się po raz pierw­szy w polu widze­nia, było zale­d­wie małym bia­łym punk­ci­kiem zagu­bio­nym pośród miliona innych. Gdyby nie wska­zał go ktoś z załogi statku, nikt nie zdo­łałby go roz­po­znać. W cen­trum Galak­tyki było aż gęsto od gwiazd. Ale z każ­dym sko­kiem ów punkt świe­cił coraz sil­niej, gasząc swym bla­skiem inne i usu­wa­jąc je w cień.

Prze­cho­dzący ofi­cer powie­dział:

– Pokój wido­kowy będzie zamknięty już do końca podróży. Pro­szę się przy­go­to­wać do lądo­wa­nia.