Rozczarowany skokiem, po którym tyle sobie obiecywał, Gaal czekał już tylko na widok Trantora. Zachodził często do pokoju widokowego. Stalowe osłony okien rozsuwały się w zapowiedzianych momentach i Dornick zawsze był wtedy na miejscu, patrząc na zimne lśnienie planet i podziwiając niewiarygodny, mglisty rój gwiazd unoszący się w przestrzeni niczym wielka, zastygła w ruchu chmura świetlików. W pewnej chwili pojawiła się za oknem, niby struga mleka, gazowa mgławica odległa o pięć lat świetlnych od statku, napełniając pomieszczenie lodowatym blaskiem i znikając dwie godziny później, podczas następnego skoku.
Kiedy słońce Trantora znalazło się po raz pierwszy w polu widzenia, było zaledwie małym białym punkcikiem zagubionym pośród miliona innych. Gdyby nie wskazał go ktoś z załogi statku, nikt nie zdołałby go rozpoznać. W centrum Galaktyki było aż gęsto od gwiazd. Ale z każdym skokiem ów punkt świecił coraz silniej, gasząc swym blaskiem inne i usuwając je w cień.
Przechodzący oficer powiedział:
– Pokój widokowy będzie zamknięty już do końca podróży. Proszę się przygotować do lądowania.