Głos Pana
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Od czter­dzie­stu lat wia­do­mo, że róż­ni­ca po­mię­dzy szla­chet­nym, pra­wym czło­wie­kiem a zwy­rod­nial­cem ma­nia­kal­nym spro­wa­dzać się może do prze­bie­gu kil­ku pęcz­ków bia­łej sub­stan­cji mó­zgu i że ruch lan­ce­tu, któ­ry w oko­li­cy na­do­czo­do­ło­wej mó­zgu uszko­dzi te pęcz­ki, może ob­ró­cić wspa­nia­łe­go du­cha w ob­le­śną kre­atu­rę. Lecz jak ogrom­ny odłam an­tro­po­lo­gii – nie mó­wiąc na­wet o fi­lo­zo­fii czło­wie­ka – nie przyj­mu­je tego sta­nu rze­czy do wia­do­mo­ści! Nie sta­no­wię tu zresz­tą wy­jąt­ku; ucze­ni czy la­icy, go­dzi­my się w koń­cu z tym, że na­sze cia­ła psu­ją się z wie­kiem, lecz duch?! Ży­czy­li­by­śmy go so­bie wi­dzieć nie­po­dob­nym do ja­kie­go­kol­wiek me­cha­ni­zmu pod­le­głe­go de­fek­tom. Łak­nie­my do­sko­na­ło­ści – na­wet opa­trzo­nej zna­kiem ujem­nym, na­wet ha­nieb­nej i grzesz­nej, byle tyl­ko wy­ra­to­wa­ła nas przed gor­szą od sza­tań­skiej eks­pli­ka­cją, że cho­dzi o pew­ną grę sił ide­al­nie wo­bec czło­wie­ka obo­jęt­nych.