Głos Pana
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Przy­wy­kli­śmy do kla­row­nej sy­tu­acji, w któ­rej to, co ciem­ne i nie­zna­ne, roz­po­ście­ra się przed jed­no­li­tym fron­tem na­uki, a to, co zdo­by­te i zro­zu­mia­łe, sta­no­wi jej za­ple­cze. Lecz w grun­cie rze­czy wszyst­ko jed­no, czy nie­zna­ne tkwi w ło­nie Na­tu­ry, czy też za­ry­te jest w szpar­ga­łach nie­czy­ta­nych przez ni­ko­go księ­go­zbio­rów, bo tre­ści, któ­re nie we­szły do krwio­bie­gu na­uki i nie krą­żą w nim za­pład­nia­ją­co, prak­tycz­nie nie ist­nie­ją dla nas. Chłon­ność na­uki każ­de­go cza­su hi­sto­rycz­ne­go na ra­dy­kal­nie od­mien­ne uj­mo­wa­nie zja­wisk jest w rze­czy­wi­sto­ści nie­wiel­ka. Obłęd i sa­mo­bój­stwo jed­ne­go z twór­ców ter­mo­dy­na­mi­ki są tego tyl­ko drob­nym przy­kła­dem.

Kul­tu­ra na­sza w jej przo­du­ją­cej pono czę­ści na­uko­wej jest two­rem wą­skim, wi­dze­niem za­wę­żo­nym każ­do­ra­zo­wo sztyw­nie­ją­cą hi­sto­rycz­nie kon­ste­la­cją mnó­stwa czyn­ni­ków, wśród któ­rych zbie­gi oko­licz­no­ści, uzna­wa­ne za nie­wzru­szo­ne wy­tycz­ne me­to­do­lo­gii, mogą grać pierw­szo­rzęd­ną rolę. Nie pi­szę tego wszyst­kie­go od rze­czy.