Przywykliśmy do klarownej sytuacji, w której to, co ciemne i nieznane, rozpościera się przed jednolitym frontem nauki, a to, co zdobyte i zrozumiałe, stanowi jej zaplecze. Lecz w gruncie rzeczy wszystko jedno, czy nieznane tkwi w łonie Natury, czy też zaryte jest w szpargałach nieczytanych przez nikogo księgozbiorów, bo treści, które nie weszły do krwiobiegu nauki i nie krążą w nim zapładniająco, praktycznie nie istnieją dla nas. Chłonność nauki każdego czasu historycznego na radykalnie odmienne ujmowanie zjawisk jest w rzeczywistości niewielka. Obłęd i samobójstwo jednego z twórców termodynamiki są tego tylko drobnym przykładem.
Kultura nasza w jej przodującej pono części naukowej jest tworem wąskim, widzeniem zawężonym każdorazowo sztywniejącą historycznie konstelacją mnóstwa czynników, wśród których zbiegi okoliczności, uznawane za niewzruszone wytyczne metodologii, mogą grać pierwszorzędną rolę. Nie piszę tego wszystkiego od rzeczy.