Głos Pana
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Przy­po­mi­na to sto­su­nek, jaki mają do gra­wi­ta­cji bądź elek­tro­nów fi­zy­cy – oraz kul­tu­ral­ne oso­by czy­ta­ją­ce po­pu­lar­ne książ­ki. Oso­bom tym wy­da­je się, że wie­dzą coś o spra­wach, o któ­rych spe­cja­li­ści nie ośmie­la­ją się na­wet mó­wić. In­for­ma­cja z dru­giej ręki za­wsze spra­wia wra­że­nie kształt­nej, w prze­ci­wień­stwie do tej peł­nej luk i nie­ja­sno­ści, jaką może dys­po­no­wać uczo­ny. Au­to­rzy opra­co­wań MAVO, za­li­cza­ją­cy się do in­ter­pre­tu­ją­cej ka­te­go­rii, z re­gu­ły wtła­cza­li zdo­by­te wia­do­mo­ści w gor­se­ty swo­ich prze­ko­nań, to, co nie pa­so­wa­ło, ob­ci­na­jąc bez par­do­nu i wa­ha­nia. Nie­któ­re z ta­kich ksią­żek moż­na przy­naj­mniej po­dzi­wiać dla po­my­sło­wo­ści au­tor­skiej. Lecz ga­tu­nek ten nie­po­strze­że­nie prze­cho­dzi w swo­istą od­mia­nę, któ­rą moż­na by na­zwać gra­fo­ma­nią Pro­jek­tu. Na­ukę od za­ra­nia ota­cza­ło halo pseu­do­nau­ki pa­ru­ją­cej z roz­ma­itych nie­do­wa­rzo­nych głów, nic więc dziw­ne­go, że MAVO, jako zja­wi­sko bez­pre­ce­den­tal­ne, wy­wo­łał aż nie­po­ko­ją­co gwał­tow­ną fer­men­ta­cję zwich­nię­tych umy­słów, uko­ro­no­wa­ną po­wsta­niem sze­re­gu sekt re­li­gij­nych.