Głos Pana
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Nie je­stem w sta­nie po­jąć, cze­mu na dro­gi pu­blicz­ne nie wpusz­cza się lu­dzi po­zba­wio­nych pra­wa jaz­dy, na­to­miast na pół­ki księ­gar­skie mogą się do­sta­wać w do­wol­nej ilo­ści książ­ki osób po­zba­wio­nych przy­zwo­ito­ści – że na­wet nie wspo­mnę o wie­dzy. In­fla­cja sło­wa dru­ko­wa­ne­go spo­wo­do­wa­na jest, za­pew­ne, wy­kład­ni­czym wzro­stem licz­by pi­szą­cych, ale w rów­nej mie­rze – po­li­ty­ką edy­tor­ską. Dzie­cięc­twem na­szej cy­wi­li­za­cji był stan, w któ­rym czy­tać i pi­sać umia­ły tyl­ko oso­by wy­bra­ne, rze­tel­nie wy­kształ­co­ne, i po­dob­ne kry­te­rium dzia­ła­ło też po wy­na­le­zie­niu dru­ku, a je­śli na­wet wy­da­wa­no dzie­ła głup­ców (cze­go unik­nąć cał­ko­wi­cie chy­ba nie­po­dob­na), to ich ogól­na licz­ba nie była astro­no­micz­na jak dzi­siaj. Obec­nie w za­le­wie tan­de­ty to­nąć mu­szą pu­bli­ka­cje cen­ne, po­nie­waż ła­twiej jest od­na­leźć książ­kę war­to­ścio­wą wśród dzie­się­ciu kiep­skich ani­że­li ich ty­siąc w mi­lio­nie. Nad­to nie­uchron­ne sta­je się zja­wi­sko pseu­do­pla­gia­tu – mi­mo­wol­ne­go po­wta­rza­nia cu­dzych a nie­zna­nych my­śli.