Głos Pana
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Nie mogę mieć pew­no­ści, że to, co pi­szę, nie jest po­dob­ne do cze­goś, co już na­pi­sa­no. Oto ry­zy­ko cza­sów, w któ­rych ludz­kość eks­plo­do­wa­ła. Je­śli po­sta­no­wi­łem przed­sta­wić wła­sne wspo­mnie­nia zwią­za­ne z pra­cą w Pro­jek­cie, to dla­te­go, że nie za­do­wo­li­ło mnie nic z tego, co o nim prze­czy­ta­łem. Nie obie­cu­ję, że będę pi­sał „praw­dę i tyl­ko praw­dę”. Gdy­by na­sze wy­sił­ki zwień­czył suk­ces, by­ło­by to moż­li­we, a za­ra­zem uczy­ni­ło­by to moje przed­się­wzię­cie zbęd­nym, gdyż owa praw­da koń­co­wa za­ćmi­ła­by oko­licz­no­ści jej zdo­by­wa­nia i sta­ła­by się fak­tem ma­te­rial­nym, wbi­tym w śro­dek cy­wi­li­za­cji. Klę­ska jed­nak od­trą­ci­ła nie­ja­ko wszyst­kie owe wy­sił­ki na po­wrót do ich źró­dła. Sko­ro nie ro­zu­mie­my za­gad­ki, nie po­zo­sta­je nam wła­śnie nic oprócz owych oko­licz­no­ści, któ­re mia­ły być tyl­ko rusz­to­wa­niem, a nie bu­dow­lą, pro­ce­sem prze­kła­du, nie zaś tre­ścią utwo­ru. Jed­nak­że to pierw­sze oka­za­ło się wszyst­kim, z czym wró­ci­li­śmy z wy­pra­wy po zło­te runo gwiazd.