Hans Koch chwalił się Bertą mimo wychowawczych trudności, jakie sprawiała, i sam będąc świadom jej narowistego charakteru, skakał do oczu każdemu, kto ośmielił się ją skrytykować. W miarę upływu lat czuł w niej drażniący opór, jakby wewnątrz krwi z jego krwi, ciała z jego ciała tkwiło coś z gruntu obcego, twarde czarne ziarno, zaczynające kiełkować. Odziedziczył po ojcu pejcz i uznawszy, że jego widok nie zaszkodzi, powiesił go w sieni, ale nigdy nie uderzył córki. Gdy podrosła, od czasu do czasu dawał jej tylko do wąchania stare paski skóry i patrząc, jak marszczy swój różowy nosek, pytał, Czujesz? Właściwa odpowiedź, którą sam pamiętał z dzieciństwa, brzmiała, Tak, dziękuję, ojcze. A Berta wymagała mocnej ręki, co do tego Hans był pewien, bo wydawała mu się czasem tak osobna i oderwana, że przejmował go strach, dziwny strach o nią i o siebie jednocześnie, aż go coś szarpało w okolicach pępka, jakby to on nosił córkę pod sercem i urodził.