Przyczajony jak ornitolog na bagnach, patrzył, jak jego wyrośnięta córka o małych piersiach i wystającej pupie krząta się po kuchni tanecznym krokiem albo siedzi przy swoim stanowisku pracy i zamiast siekać wołowe ozory, jak kazał, patrzy w skołtunione chmury zabarwione po zachodzie słońca resztką żółtego światła. Nie wiedział, że Berta szukała w ich kształtach wróżb, i irytowała się, kiedy nagły podmuch wiatru zbrylał dwa puchate zwierzęta w jedno potworne. Po co gapić się w chmury, kiedy ma się do zrobienia coś tak prostego i pożytecznego jak ozory w galarecie? Ozory, na które czeka sam doktor Römpler? Doktor Römpler, który specjalnie zamówił wyroby Hansa Kocha na jutrzejszy wieczór, gdy gościć będzie delegację lekarzy ftyzjatrów z Breslau wraz z małżonkami. Czy do tej dziewczyny to nie dociera? Stał więc tak Hans przyczajony, aż go w końcu ponosiło, gdy jego rozmarzona córka akurat wyłowiła z wywaru kawałek mięsa i zamiast przynajmniej go zjeść, gapiła się na niego pod światło. Hans Koch atakował córkę od tyłu i delikatnie, by nie uszkodzić, plaskał ją otwartą dłonią w twarz lub szturchał w ramię.