Prolog
B etlejemka – piękna stara chata stojąca na rozległej polanie w samym sercu gór – w ten wigilijny wieczór była cicha i pusta. Tego właśnie potrzebował: ciszy. Pustkę przyniósł ze sobą w sercu…
Kilka minut wcześniej skończył czytać list, który wstrząsnął nim do głębi i roztrzaskał jego mały, w miarę uporządkowany wszechświat.
Narzucił na ramiona kurtkę i ruszył do drzwi schroniska, w którym dziewczęta szykowały wigilijną kolację.
– Wychodzisz? – Jedna z nich, pszenicznowłosa piękność, która przez cały dzień zerkała na niego spod firany długich rzęs, odezwała się w momencie, gdy otwierał drzwi. – Masz dyżur?
Pokręcił głową. Dyżur jako ratownik TOPR zaczynał jutro z rana.
– Chcę pobyć sam ze sobą.
– Coś się stało? – zaniepokoiła się.
Ponownie zaprzeczył. Próbował uśmiechnąć się uspokajająco.
– Czasem tak mam: potrzebuję samotności.
Skinęła ze zrozumieniem głową. Ludzie gór są inni niż reszta świata, ale…
– Wrócisz na Wigilię? W ten jeden jedyny wieczór nikt nie powinien być sam…
– Nie wiem, kiedy wrócę. – Raz jeszcze posłał jej przepraszający uśmiech i dodał: – Nie czekajcie na mnie z wie-czerzą.