Kiwnęła głową i już miała wrócić do koleżanek, gdy… zarzuciła mu ręce na szyję, ucałowała w szorstki policzek, wyszeptała: „Wszystkiego najlepszego, bądź szczęśliwy”, i już jej nie było.
Ten miły gest powinien rozkruszyć lód w jego sercu, a przynajmniej go stopić, ale list, który miął w dłoni wbitej w kieszeń, mroził je na powrót.
Wyszedł w bezgwiezdną grudniową noc…
Do Betlejemki miał niedaleko. Widział stąd jasno oświetlone okna schroniska. Chwilę patrzył w nie, czując smutek i tęsknotę za życiem, które nigdy nie będzie już takie samo, po czym wszedł do środka.
Wciągnął do płuc miły, znajomy zapach drewna. Włączył światło, bo zmierzch zapadał szybciej, niż można się było spodziewać. Znad szczytów gór wiatr pędził ciemne chmury.
W momencie, w którym zdejmował kurtkę i podchodził do kominka, by w nim rozpalić, pierwszy podmuch zamieci załomotał w okna.
„Dobrze, że to Wigilia” – pomyślał. „Szlaki są zamknięte. Góry nie odbiorą dziś daniny z życia”.
Zagotował wodę. Bez pośpiechu zalał herbatę wrzątkiem. Usiadł przy stole z kubkiem w dłoniach i zapatrzył się w okno. Zamieć przybierała na sile, dokładnie tak jak burza uczuć w jego sercu.