List, który wyjął z kieszeni i rzucił na stół, przyciągał spojrzenie. Domagał się ponownego przeczytania. Ale jeszcze nie teraz, nie w tej cichej godzinie. Jeszcze można było udawać, że wszystko jest tak, jak było, zanim wyruszył w góry…
Jak długo trwał zatopiony we wspomnieniach? Nie wiedział. Nie patrzył na zegar. W kominku płomienie skakały po bierwionach. Za oknem szalała zamieć, tutaj słychać było tylko trzask ognia. On zastygł z czołem wspartym na splecionych dłoniach, ni to w modlitwie, ni w zamy-śleniu.
Wreszcie uniósł głowę. „Weź się w garść!” – nakazał sobie i spojrzał w okno. Może wrócić do schroniska? Dziewczyny na pewno czekają z wieczerzą, mimo że… zamarł nagle, wzrok mu się wyostrzył jak u jastrzębia. Za oknem… Zbliżył twarz do szyby. I poderwał się na równe nogi.
– Cholera – rzucił, chwytając kurtkę.