— Łaska Chrystusa — poważnie odrzekł Jordan i dodał: — Prawdziwa łaska, a nie te potworności, które wyprawia margrabia Gero. Doświadczywszy cudu w dzieciństwie, od początku ciągnąłem do Boga. Wstąpiłem do klasztoru przy świętym źródle i tam doznałem wielu dobrodziejstw od świętego Dagoberta. Na Boga! Cóż to? — Jordan przerwał opowieść, uniósł się w strzemionach i wskazał na wielki pas wyciętego boru, który wyglądał jak przerębel wyrąbany siekierą w jeziorze.
— Z dębów, które tu rosły, mój dziad i ojciec pobudowali grody. Zobaczysz je, Jordanie.
— Aż tyle wycięto? — Kapłan nie mógł uwierzyć. — Grody muszą być ogromne…
— Grody nie są aż tak wielkie, jak się zdaje, ale wały owszem. Moi przodkowie bronili się przed dzikimi atakami Wieletów.
— Niekończące się polany… — Jordan się przeżegnał.
— Raczej poręby — powiedział Mieszko.
— Jesteś księciem nieprzebytych borów i leśnych polan — z szacunkiem odrzekł kapłan.
— Powiedz mi, co było dalej, gdy zostałeś w klasztorze przy świętym źródle.
— Modliłem się do Dagoberta o radę, co czynić, gdy kolejne najazdy wikingów rozbijały mój kraj.