— Zobaczyłem wiele rzeczy, które nie mieściły mi się w głowie, książę. Margrabiego Gerona, co fałszywie krzewił chrześcijaństwo. Zdrady i sprzeniewierzenia popełniane ze świętym imieniem Chrystusa na ustach. Poznałem grafa Wichmana, banitę i awanturnika, który porzucił wiarę i szlachetny ród, z jakiego się wywodził, by stać się najemnym przywódcą straszliwych Wieletów.
— Wichman zabił mi najstarszego brata — powiedział Mieszko.
— A ja jestem najstarszym synem irlandzkiego króla z Dal Cais. Zostawiłem księstwo młodszemu, Monthgraminowi, i najmłodszemu, Brianowi.
Przeprawili się przez Odrę pod osłoną drużynników Mieszka i dalej podążali już przez jego kraj. Leśnym traktem przez nadodrzańskie bory.
— Dobrowolnie zrzekłeś się praw do tronu? — Książę podjął rozmowę, ciekawie zerkając na mnicha.
— Odzyskałem wzrok — tajemniczo odpowiedział Jordan.
— Jaśniej?
— Tak, zrobiło się jaśniej. — Mnich się zaśmiał. — Urodziłem się ślepy. Rodzice zawieźli mnie do Slane, klasztoru założonego przez świętego Patryka na wzgórzu, gdzie ongiś Celtowie spotykali się przy świętym źródle. Mnisi wykąpali mnie w jego wodach i odzyskałem wzrok.
— Czary?