— Nie mów tak — żachnął się i dodał po chwili: — Urdis, nie odrzucaj mojej propozycji. Ochrzcij się, proszę.
— Ty masz swoje życie, a ja swoje — odrzekła, kręcąc głową. — I odtąd to będą życia osobne, sam wiesz. Nie naciskaj… Ja muszę pogodzić się z twoim wyborem, więc ty…
— Do końca swych dni będziesz pod moją opieką — powiedział i wychodząc, pocałował ją w czoło.
Z resztą żon poszło mu znacznie gorzej, a chciał osobiście od nich odebrać swoje pierścienie. Każda mieszkała w innym krańcu księstwa, bo wszystkie prócz Gunn, wykupionej z niewoli, pieczętowały sojusz ze swym rodem. Wszemiłę i graniczny Santok zostawił sobie na koniec, wiedząc, że z nią mogą być największe kłopoty.
— Wybacz? — powtórzyła wściekle, a jej złote, wijące się włosy zalśniły, jakby na głowie Wszemiły poruszyło się gniazdo żmij. — Spodziewałam się czegoś więcej!
— Nie mogę już dać ci niczego — powiedział, ważąc słowa.
— Po co ci to było? — żachnęła się z wyrzutem i roześmiała szyderczo. — Jedna żona, jeden bóg? A mogłeś mieć nas wszystkie!… Jesteś głupcem, Mieszko! Robisz coś potwornie, dziwacznie głupiego, nieludzkiego…
Zmrużył oczy.
— Skąd wiesz?
Potrząsnęła włosami.