— Twój stryj wie? — zapytał, mając na myśli najstarszego z braci jej ojca, kapłana w nadwarciańskiej kącinie.
— Dalbor? Nie mam pojęcia. — Wzruszyła ramionami. — Nie biegam do kąciny, odkąd nie jestem dziewicą. Czyli od dnia, gdy poznałam ciebie, mój miły.
— Jadę do niego. Czas już na mnie. — Popatrzył na Wszemiłę.
Uniosła podbródek wyzywająco.
— I co? Jak mnie zapamiętasz, książę?
— Właśnie tak — odpowiedział, patrząc na jej jasne, wijące się włosy. — Moja pani z podmokłych łąk.
Złamała się i pozwoliła, by zobaczył w jej oczach rozpacz. Przyjął ją, choć wolał zapamiętać rozkosz. Wstał z łoża, zbierał rzeczy i ubierał się szybko. Przyklęknął, wciągając buty, i zerknął na nią ukradkiem. Siedziała nieporuszona, smukła jak czapla na mokradłach.
— Do zobaczenia, Mieszko! — powiedziała prowokująco.
— Żegnaj, Wszemiło. — Odwrócił się i ruszył do drzwi. Zrobił krok i uchylił się gwałtownie. Szpila do włosów, którą rzuciła za nim, wbiła się w mech uszczelniający belki ścian.
— Byłabyś świetną oszczepniczką — powiedział. — Trafiasz w punkt.
— Znam wszystkie twoje czułe punkty! — żachnęła się gniewnie.