Harda
Elżbieta Cherezińska — Powieść historyczna

— Książę pan! — Słudzy świątyni poznali go i powitali, klękając na jedno kolano.

— Odeślij ich, Dalborze! — rozkazał. — Będziemy mówić sam na sam.

Kapłan skinął dłonią i jego ludzie odeszli drugą, węższą z grobli. Mieszko podszedł do płonącego ogniska.

— Noce są jeszcze chłodne. — Dalbor wyciągnął długie nogi i oparł o kamienną osłonę paleniska.

Siedzieli na zewnątrz, przed chałupą kapłana. W kręgu potężnych drzew, z których jedne były wyłącznie dziełem natury, a drugie powstały przy udziale człowieka. Z daleka wyglądały tak samo; dopiero z bliska widać było, iż co drugie albo co trzecie ma w pniu wyrzeźbioną twarz boga.

Wschodzący księżyc wyglądał zza pni płaską srebrną tarczą, a jego światło nicowało pasma wiszącej między drzewami mgły.

Jastrząb odbił się z ramienia Mieszka i znalazł sobie miejsce na grubym konarze ponad ich głowami.

— Dawno do mnie nie zachodziłeś, książę. — Starzec pogrzebał kosturem w ognisku. Jego długie, siwe włosy układały się na plecach w pasma lśniące odbitym księżycowym blaskiem. — Ludzie gadają, że chcesz przyjąć chrzest. Ale to bzdura, prawda? — Potrząsnął włosami i hardo uniósł głowę. — Woda chrztu nigdy nie obmyje mej kąciny! Nie pozwolę na to! I inni też!