— Wiesz, co się dzieje — ponuro odpowiedział Mieszko. — Czuję oddech Wieletów na karku.
— To żadna nowość. Odkąd pamiętam, pchają się na nasze ziemie.
— Ale dopiero pod wodzą banity, grafa Wichmana, stali się śmiertelnie groźni! Jestem w kleszczach, które zaciskają Sasi i Wieleci.
Kapłan poruszył ramionami i powiedział kpiąco:
— I co? Jordan cię obroni? Ten przybłęda?
— Nie lekceważ go — syknął Mieszko ostrzegawczo. — Czy wiesz, że pół roku po tym, jak Jordan przyłączył się do mnie, wielki margrabia Gero odszedł ze świata żywych?
— Stary był — wszystkowiedzącym głosem oznajmił Dalbor.
Jak ty — mógł odpowiedzieć Mieszko, ale zaniechał. Co Dalbor zrozumiałby ze śmierci Gerona, skoro i jemu trudno to pojąć? Ledwie wyjechali z jego dworu z Jordanem, gdy margrabia, chwilę wcześniej tak pyszny i pełen pogardy, doznał objawienia i po pielgrzymce do Rzymu i pokajaniu się przed tronem Piotrowym wybudował klasztor, w którym zakończył żywot. To był dla Mieszka pierwszy z dowodów na to, że spotkanie z Jordanem mogło stać się przełomem życia.
— Wieleci, Sasi… — mówił monotonnie Dalbor. — Pchają się na nasze ziemie, ale zatrzyma ich rzeka. Co byśmy zrobili, gdyby nie Odra!