Mieszko chciał mu przerwać, poprawiając go: „gdyby nie ona”, jego nowa, jedyna, czeska żona, ale nie powiedział nic, pozwalając kapłanowi się wygadać.
— Rzeka ma wielką moc, woda przenosi te duchy, których nie udźwignie wiatr, których nie tknie ogień… Napijesz się, książę?
— Wody? — Mieszko się skrzywił.
Dalbor się zaśmiał i przeczesał palcami długą, srebrną brodę.
— Miodu. Choć przydałoby się, aby książę obmył się w świętym źródle. Lud potrzebuje przykładu.
— Daj spokój, jest środek nocy, nikogo tu nie ma. Odwiedziłem cię, bo chcę pogadać.
Starzec się dźwignął i ruszył do chałupy po miód. W pół kroku zastygł i odwrócił się do Mieszka.
— Nie ma ludzi, ale to nie znaczy, że jesteśmy sami. Święty gaj kipi życiem o każdej porze.
Książę kiwnął głową w roztargnieniu. Dorzucił do ognia. Iskry strzeliły w górę białym snopem. Jastrząb krzyknął ostrzegawczo. W głębi lasu odpowiedziała mu sowa. „Badajcie duchy, czy są z Boga” — usłyszał w głowie głos Jordana i otrząsnął się. Już tyle tygodni rozmów za nimi. Tyle tajemnic wiary odsłanianych przez irlandzkiego kapłana. O każdą z nich pytał tak długo, aż pojął, co kryje, ale wciąż daleki był od zrozumienia wszystkiego.