Jak było — powtórzył Mieszko w myśli, patrząc na linie nakreślone przez Dalbora. Z początku chaotyczny wzór kresek i nakłuć przeobraził się w przyciągający oko wizerunek drzewa o korzeniu równie potężnym jak korona. Starzec przeciągnął czubkiem kostura między gałęziami i Mieszko zobaczył, że z korony drzewa patrzy na niego czyjaś twarz.
— Czasem coś trzeba nazwać, choć w istocie bóg nazwy nie potrzebuje, tylko człowiek. By twój drużynnik wyobraził sobie, że bóg obdarzy go siłą na polu walki, wkładamy w dłoń posągu miecz większy, niż wojownik zdoła udźwignąć.
Mieszko mimowolnie spojrzał na posąg Trzygłowa między drzewami. Gdy opuścił głowę, Dalbor zacierał nogą ślad na ziemi. Zniknęło drzewo z ukrytą wewnątrz gałęzi twarzą.
— Starczy — powiedział kapłan. — Niech wiedzą, jak żyć, co robić, jak składać ofiary. Nie muszą wiedzieć więcej, niż trzeba.
— A gdy umrzesz, kto im powie? Jak ciebie nie będzie…
— I tak będą puszczać wianki na wodę. — Starzec zaśmiał się gorzko.
— Wiesz, co myślę, Dalborze? — odezwał się Mieszko, wstając. — My kochamy siłę.
Mówiąc to, wylał resztę miodu z kubka do ognia i nie patrząc na niebieski płomień, który wystrzelił spomiędzy płonących głowni, zadeptał ognisko.