— Jesteśmy gotowi ubóstwić każdy nadmiar siły — powiedział ostro Mieszko.
— Przestań, to boski ogień! — krzyknął Dalbor. — Starczy!
— Nie, starcze — szepnął książę i sięgnął po nóż. Skoczył ku kapłanowi jak żbik, chwycił go za koszulę na piersi i podniósł. — To tylko ognisko, nic więcej.
Odwrócił kapłana, jakby ten był dzieckiem, a nie potężnie zbudowanym mężczyzną. Uniósł go i przeszedł między drzewami, wyławiając spomiędzy nich te, których pnie były zamienione w posągi.
— Którego z bogów sobie ukochałeś? — spytał natarczywie. — Perun? Świętowit? Trzygłów? A może Weles? Albo mokra matka Mokosz, co? Któremu z bogów złożyć cię w ofierze? Wybacz, nie będzie dziewicy różanolicej do towarzystwa. Sam pójdziesz, nie boisz się?
— Trzygłów jest moim panem — wycharczał Dalbor.
— A ja uważam, że twym panem powinien być książę Mieszko — powiedział, podrzynając mu gardło. — Musi być moja wola.
Krew obryzgała pień Trzygłowa. Dalbor zesztywniał, a potem nagle zmiękł w ramionach księcia. Mieszko położył go pod patrzącym w trzy strony posągiem. Przykucnął i patrzył, jak Dalbor skonał.