Harda
Elżbieta Cherezińska — Powieść historyczna

— Wybacz, mój stary, nie mam nic do ciebie — wyszeptał. — Mogłeś sobie wierzyć, w co chciałeś, ale jako kapłan powinieneś był służyć mnie.

Wytarł nóż o mchy i schował do pochwy. Poszukał trzech płaskich kamyków. Położył je na obojgu oczach i czole kapłana. Potem wyniósł z jego chaty dary, jakie za dnia przynieśli ludzie. Ustawił przy nim kosz z grochem, prosem i kaszą. Na piersi położył mu jeden jęczmienny podwójny kłos z ubiegłorocznych zbiorów.

— Sporysz — szepnął. — Twoje skażone ziarno, które gryzłeś, wołając swe duchy. Jeśli ma moc, niech przeniesie cię teraz, dokąd zechcesz. Tylko wiedz, że już nic nie będzie, jak było.

Jastrząb sfrunął na ramię swego księcia i obaj ruszyli groblą ku koniom. Wyrzucił w bagno pierścień Wszemiły. Niech cię pochłonie — powtórzył w myślach jej przekleństwo. Czekał na grom, piorun, ogień z nieba lub wody. Nic. Odpowiedziała mu cisza.

Dobrze — pomyślał, patrząc w niebo na zachodzący księżyc. — Pragnę ciszy.

Jechał do Poznania, nie odzywając się do swych ludzi. Spieszył się, czas mu się kończył. Trzy razy zmienili konie. O wschodzie słońca potężna sylweta grodu zamajaczyła im na horyzoncie.