— Jak wielka, samotna góra! — krzyknął Wolrad, chorąży Mieszka. — Niezdobyta i dumna.
Zatrzymali się przed mostem na Warcie, widząc tuman kurzu szybko zbliżający się do Poznania od strony traktu wschodniego.
— Stać! — rozkazał książę. — To oddział mego brata.
— Patrząc po prędkości jazdy, nie możesz się mylić, panie! — Gardomir się zaśmiał. — Młody książę zamiast Czciborem mógłby się zwać „Zajeżdżaczem Koni”.
— Gdy wchodzi do stajni, nawet źrebaki próbują schować się pod żłobem, byleby tylko bystre oko Czcibora na nich nie spoczęło!
Byli już blisko. Mieszko widział smukłą sylwetkę brata, lśniący szyszak ozdobiony pękiem końskiego włosia. Wyjechał mu naprzeciw. Czcibor odłączył się od drużyny i obaj bracia spotkali się w pół drogi.
— I jak? — zamiast powitania spytał Mieszko.
— Tak jak rozkazałeś — odpowiedział książę Czcibor. — Nie sprawią żadnych kłopotów. Kruszwicki kapłan miał życzenie stać się ofiarą dla Świętowita. Gnieźnieński wybrał Peruna, ale mimo iż go wzywał i wzywał, żaden grom z jasnego nieba nie chciał nadejść, więc… — Czcibor zrobił przeciągły ruch — …ja się stałem jego gromem! — Roześmiał się.
— Nie kpij — skarcił młodszego brata Mieszko.