Czcibor wzruszył ramionami i wskazał na splamiony krwią kaftan Mieszka.
— A ty się przebierz. Twoja czeska księżna nie wpuści cię tak do komnat.
— Nie idę do Dobrawy — odpowiedział Mieszko i dał znak, by ruszyli do grodu. — Dziś śpię u ciebie.
Na podwórcu przed stajnią podbiegł do niego Radomir, kasztelan poznańskiego grodu.
— Książę! — zawołał, przytrzymując jego konia. — Kupcy żydowscy zdążyli. Przywieźli z Węgier gąsiory czerwonych win, te, których sobie życzyłeś. W kaplicy też wszystko gotowe. Świece dobrze wyszły z forem, choć pszczoły i w rok nie odrobią zapasów wosku! Bielone płótno na osłonę baptysterium… Jordan mówi, że…
— Zmieniłem plany — twardo powiedział Mieszko. — Baptysterium nie będzie potrzebne.
W oku Radomira na ułamek chwili zalśniła radosna iskra. Zamilkł.
— Poproś do mnie Jordana — powiedział książę. — Muszę z nim pomówić.
— Jak każesz, panie — wyszeptał.
— Chcesz wystraszyć kapłana? — przekornie zapytał Czcibor, zeskoczywszy z konia. Pokazał na splamiony krwią kaftan Mieszka.
Nie odpowiedział mu książę, lecz siedzący na jego ramieniu jastrząb. Zaskrzeczał i rozłożył skrzydła.