Skowronek wciąż jeszcze śpiewał, gdy Mieszko okryty książęcym płaszczem opuszczał palatium. Bose stopy nie zostawiały na kamiennej posadzce śladu. Na podwórcu czekał na niego orszak. Diakoni dźwigali wielkie świece odlane w wonnym wosku na kształt ludzkich postaci. Ostrożnie osłaniali ich płonące knoty dłonią. Zaintonowali śpiew, piękny, choć smutny, w jednotonowym brzmieniu. Na przodzie orszaku szedł Jordan z księgą w dłoni. Drużyna księcia konno eskortowała ich do bram Poznania. Wartownicy rozwarli ciężkie wrota, wpuszczając światło za cień wysokich wałów. Mieszko z jastrzębiem na ramieniu pieszo i boso przeszedł przez bramę grodu.
Wychodzę — przebiegło mu przez myśl, gdy spojrzał na swe nagie stopy. — Kim będę, gdy wrócę? Jeśli wrócę. — Przysłonił oczy przed niskim, porannym słońcem wpadającym przez bramy.