Ruszyli nad rzekę. Warta lśniła. Przez chwilę miał złudzenie, że na jej drugim brzegu rozkwitła łąka. Nie. To wielobarwny tłum ludzi. Setki mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy wylegli na błonia, by zobaczyć swego księcia. Oddzielał ich od niego nurt rzeki i most, na który dzisiaj nikt nie miał wstępu. Stał na nim hufiec zbrojnej książęcej jazdy. Jeden przy drugim powiewały proporce. Tłum, zwykle wiwatujący na widok Mieszka, milczał. Jastrząb odbił się od jego ramienia, krzyknął i niczym wystrzelona z łuku strzała poleciał przed siebie.
Książę spojrzał na ustawiony przy brzegu baldachim. Pod purpurą i złotem furkoczącej na wietrze materii stała ona. Dobrawa. Jego żona w otoczeniu swych dwórek.
Od teraz jedyna — pomyślał, zostawiając w pamięci ostatnie pocałunki na czołach byłych: słodkiej Ludmiły, wyniosłej jak lodowiec Gunn, Mojmiry, Lesławki, Żywii, nawet Wszemiły, która go przeklęła przez bagna. I mądrej Urdis, tej, co widziała, wiedziała i przepowiedziała, mimo iż wieszczba przyniosła jej utratę miejsca przy jego boku. Do tej pory żadna z siedmiu żon nie urodziła mu syna.
Poszukał jasnych oczu Dobrawy, spojrzał w nie z daleka.
Dasz mi dziedzica? — spytał tych oczu.