— Alleluja — zamruczał chór diakonów, chroniąc płomienie trzymanych świec.
Jordan jeden po drugim namaścił kamienie i wrzucając je w pulsujący nurt rzeki, krzyczał:
— W imię Ojca, Syna, Ducha Świętego! Amen!
— Amen — zamruczeli diakoni nie głośniej niż szuwary nadrzeczne.
— Amen — powiedział Mieszko.
Lud zgromadzony na drugim brzegu milczał, patrząc na kręgi wody rozchodzące się w miejscu, gdzie zniknęły kamienie.
— Ojcze nasz — Jordan wskazał na księcia, a potem uniósł ramiona ku chmurom — któryś jest w niebie! Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…
Księstwo — pomyślał Mieszko. — Ale kto wie?
— …bądź wola Twoja…
Napięte ciało Mieszka walczyło. Mięśnie pleców, ramion i kolan nie chciały się ugiąć. Słyszał słowa wyznania wiary, te same, których Jordan uczył go przez ostatnie tygodnie. I wciąż nie było „woli Twojej”, lecz jego.
— Po co przybywasz? — spytał Jordan uroczyście.