Po miejsce równe pierwszym panom Rzeszy. Po wejście między nich. Zrzucenie wilczej skóry z grzbietu barbarzyńcy, którym mnie nazywają. Po wymuszenie na nich szacunku i miejsca przy stole. Po tarczę przeciw głodnym krwi Wieletom. Odbicie uderzenia grafa Wichmana. Po wszystkie dary chrześcijańskiego władcy, którymi od tej pory obdarzy mnie Pan, bo taka jest Jego i moja wola — pomyślał i wreszcie przeszło mu przez usta:
— Dobrowolnie przychodzę po chrzest.
— Wyrzekasz się szatana, przedwiecznego zła?
Mieszko spojrzał na tłum zgromadzony na przeciwległym brzegu.
— Wyrzekam się Peruna, Świętowita, Trzygłowa, Welesa piekielnego i Mokoszy mokrej matki! Słyszycie?! — ryknął. — Wyrzekam się starych bogów! Patrzcie na mnie! — Jego głos niósł się po wodzie jak grzmot.
Jordan poślinił dłoń i pomazał jego uszy i nos. Szepnął do prawego ucha księcia:
— Niech się otworzy, co ma być otwarte.
A do lewego:
— Uciekaj, szatanie, bo nadchodzi Boży sąd!
I stało się. Odeszli od niego. Opuścili go starzy bogowie. Nowy nie przyszedł. Był sam. Stał w pustce wiekuistej. Sam jeden zawieszony między światami nad brzegiem Warty.