Wpadł pomiędzy jej ramiona wprost na miękkie łąki piersi, wdychając woń włosów jak wonnych szuwarów. Zamruczała, zagarniając go na siebie. Zatrzymał się na popas jednego pocałunku, a potem uciekł przez mszyste siedlisko brzucha w dół, na podmokłe łąki. Trzymał jej biodra w dłoniach, przechylał jak misę.
— Zanurz się — jęknęła — proszę…
— Potem — szepnął. — Jeszcze nie teraz. Jechałem z daleka i jestem spragniony. Napój mnie…
Brał każde z jej poruszeń; wyłuskiwał jak okrągłe jądro orzecha z twardej, rozchylonej skorupy. Rozgniatał językiem, aż pękła, wyrzucając w górę biodra z przeciągłym jękiem.
— Gdzieś ty był? — wyszeptała, z trudem łapiąc oddech.
— Na mokradłach — odpowiedział, ocierając spiczastą, ciemną brodę.
— Chodź, chodź, osuszę cię. — Zarzuciła mu ramiona na szyję i przylgnęła do niego całym ciałem.
Oddychali głęboko, równo jak pływacy, którzy płynęli ramię w ramię. Na bramie grodowej zabrzmiał niski, podwójny dźwięk rogu. Jastrząb zaskrzeczał, jakby chciał powtórzyć dźwięk.
— Muszę… — Drgnął.
— Nie. — Oplotła go palcami jak wąskolistnym pnączem. — Ty nic nie musisz. Ty możesz wszystko, mój książę.