— Widzę, ale to nie znaczy, że ją rozumiem. — Smutno potrząsnęła głową. — Gdy wysyłałam cię na dwór margrabiego Gerona, wiedziałam, że przywieziesz stamtąd broń, która osłoni cię przed Sasami i Wieletami, ale nie miałam pojęcia, co nią będzie. Podaj płaszcz, zimno mi.
Mieszko wstał i przyniósł jej okrycie. Siadł przy Urdis ciężko.
Tak, była jego ukochaną żoną, choć miał piękniejsze od niej. Wszemiłę ze złotymi, wijącymi się włosami; Ludmiłę o pełnych, idealnie okrągłych piersiach; wysoką Mojmirę o smukłych udach, które nigdy mu się nie znudziły; Żywię, ach, wesołą Żywię z dołkami w policzkach; Lesławkę, która tańcem bioder rozpraszała wszystkie jego smutki; Gunn, północną, jasnowłosą piękność, którą wykupił z niewoli. No i ją, Urdis — wieszczkę o włosach w kolorze żywicy. Jej matką była kobieta z Gotlandii, ojcem wielki Dalwin, żeglarz i kupiec z bogatego Wolina. Prawda, to Urdis powiedziała: „Jedź do Gerona. Na jego dworze znajdziesz to, czym go pokonasz”.