W tamtym czasie był jak zraniony pies. Margrabia Gero zmiażdżył go dwukrotnie, raz osobiście stanąwszy na czele saskich wojsk, za drugim razem nasyłając na niego grafa Wichmana z wieleckimi posiłkami. Mieszko w tych wojnach stracił najstarszego brata, Dobroniega, setki wojów i ludzi uprowadzonych w niewolę. I twarz. To najgorsze. Po dwukrotnej przegranej wiec mógł mu odebrać przywództwo. Na co komu młody, nieopierzony książę, który nie daje zwycięstwa? Pojechał do Gerona, jak radziła Urdis. Zresztą jaki miał wybór? Dwa razy zmiażdżony na polu bitwy musiał się układać. Zwycięzca przyjął go z pogardą, jaką okazuje się pokonanym. Tak, wielki Gero był w tym czasie pierwszym z panów Rzeszy. Wyniesionym nawet ponad cesarskiego brata. Oprowadził go po swej siedzibie, pokazał ponurą salę, gdzie przed dwudziestu laty sprosił na ucztę trzydziestu słowiańskich wodzów i otruł przy własnym stole. Chełpił się tym, jak przechytrzył kapłanów Świętowita z Arkony. „Ach, te wasze pogańskie bałwany! Cóż mi one?”. — Śmiał się, pokazując pożółkłe, krzywe zęby, aż ślina ciekła mu po gładko wygolonej brodzie.