A młody Mieszko zaciskał szczęki, myśląc, jakim potworem jest Bóg, którego na ziemi reprezentuje tak podły, zdradziecki człowiek. By kupić sobie czas potrzebny do przygotowania obrony i by uchronić się przed kolejnym najazdem zakutych w stal wojowników Gerona lub dzikich i wściekłych Wieletów Wichmana, zgodził się płacić trybut z ziem lubuskich po drugiej, podległej marchii stronie Odry. Przełknął tę gościnę jak odwar z piołunu. A w dniu wyjazdu zobaczył irlandzkiego mnicha. Szczupłego człowieka w szarej, czystej sukni i płaszczu z kapturem. Ich spojrzenia się skrzyżowały i Jordan wyruszył z Mieszkiem. W drodze mieli dość czasu, by rozmawiać.
— Co robiłeś na dworze Gerona? — spytał Jordana Mieszko.
— Szukałem pomocy dla mego ludu — odpowiedział mnich.
To tak jak ja — ponuro skonstatował książę.
— Przybyłem z Irlandii nękanej najazdami wikingów. Naiwnie sądziłem, że wielkie chrześcijańskie cesarstwo zechce wesprzeć nas zbrojnie przeciw napadom barbarzyńców z Północy.
— I co? — drwiąco zapytał Mieszko. — Zobaczyłeś, że święte cesarstwo nie różni się wiele od pogańskich plemion, z którymi walczy?