Pod napisem „TESA” znajdował się drugi, mniejszy, który właściwie nic mi nie mówił. Jedynie charakterystyczny znak przed nim dawał pojęcie, czym może być. Symbol ten dziś wskazywał jednoznacznie na hashtag, kiedyś był kojarzony z numerem, kanałami na IRC-u lub mocą zbioru w matematyce.
Spojrzałam na znacznik „#apsyda” i zmarszczyłam czoło. Słowo brzmiało obco, ale jednocześnie byłam pewna, że obiło mi się już o uszy. Pierwsze skojarzenie w mojej głowie zaczęło układać się wokół architektury.
Odłożyłam kartkę na bok i zajrzałam do środka. W folię bąbelkową ktoś zawinął przedmiot wielkości dłoni – poza nim w kartonie niczego więcej nie było. Szybko zaczęłam odwijać zabezpieczenie, a serce zabiło mi nieco szybciej. Warstw było tyle, że nie wiedziałam, co w istocie odpakowuję.
Po chwili moim oczom ukazał się przedmiot, a ja miałam wrażenie, jakbym odkopała ukryty skarb. Przesyłką była ciemna figurka dekoracyjna z lśniącego kamienia. Ciężka, być może wykonana z ametystu. Przedstawiała czaszkę, która przywodziła na myśl te umieszczane niegdyś na dziobach pirackich okrętów.