Uznałam, że nie ma czasu do stracenia – moje prywatne śledztwo było sprawą niecierpiącą zwłoki. Wpisałam hashtag na Facebooku, licząc na to, że skoro ktoś zadał sobie trud, by wysłać tajemniczą anonimową przesyłkę, zostawił mi trop w internecie.
Zobaczyłam jednak tylko zdjęcia kościołów. Trochę aktualnych, kilka starych, przedstawiających zniszczone świątynie. Doszłam do wniosku, że Facebook to nieodpowiednie miejsce do przeglądania znaczników – zmieniłam teren poszukiwań na Instagram.
Trzy wyniki. Pierwsze zdjęcie przedstawiało, a jakże, kościół. Drugie – dziedziniec klasztoru Convento de Cristo w Portugalii. Trzecie – zajęcia z kursu rysunku w jakiejś krakowskiej szkole.
Sprawdziłam to pierwsze, bo wydawało się najtrafniejsze. Świątynią okazała się bazylika Świętego Jerzego w Pradze. Słyszałam o tym mieście wiele dobrego, ale nigdy tam nie byłam. W Portugalii też nie, a w Krakowie wiele lat temu – i to tylko po to, by zobaczyć Wawel.