Gale rozsmarowuje miękki kozi ser na kromkach chleba i starannie ozdabia każdą kanapkę listkiem bazylii, podczas gdy ja ogałacam krzaki z jeżyn. Rozsiadamy się w skalnej wnęce. Tu jesteśmy niewidoczni, ale sami dobrze widzimy panoramę tętniącej życiem doliny. Latem pełno tu zieleniny do zbierania, korzeni do wykopywania, ryby połyskują tęczowo w promieniach słońca. Dzień jest cudowny, ser wsiąka w ciepły chleb, jeżyny eksplodują nam w ustach. Nic nie zakłócałoby tej sielanki, gdybyśmy naprawdę świętowali, a cały wolny dzień zamierzali spędzić na wędrówce po górach i tropieniu zwierzyny na kolację. O drugiej musimy się jednak stawić na placu i zaczekać, aż wyczytają nazwiska.
– Poradzilibyśmy sobie – mówi Gale cicho.
– Z czym? – Nie rozumiem.
– Opuścilibyśmy dystrykt. Moglibyśmy uciec, zamieszkać w lesie. Tylko ty i ja, udałoby się.
Nie wiem, jak zareagować. Co za niedorzeczny pomysł.
– Gdybyśmy nie mieli tylu dzieci – dodaje Gale pośpiesznie.