Gdy nie ma już czego szukać na Ćwieku, idziemy pod drzwi z tyłu domu burmistrza, żeby sprzedać połowę poziomek. Wiemy, że burmistrz wyjątkowo je lubi i jest gotów przystać na naszą cenę.
Drzwi otwiera jego córka, Madge. Chodzimy do tej samej klasy. Można by się spodziewać, że jako burmistrzówna będzie zadzierać nosa, ale jest w porządku. Po prostu trzyma się na uboczu, jak ja. Żadna z nas nie otacza się przyjaciółmi, więc w szkole często przebywamy w swoim towarzystwie. Wspólnie jemy lunch, siadamy obok siebie na apelach, ćwiczymy w parze na zajęciach sportowych. Rzadko rozmawiamy i to nam pasuje.
Bury mundurek szkolny zamieniła dzisiaj na drogą, białą sukienkę, a jasne włosy przewiązała różową wstążką. Strój na dożynki.
– Ładna sukienka – mówi Gale.
Madge posyła mu uważne spojrzenie, aby sprawdzić, czy to szczery komplement, czy zwykła kpina. Sukienka naprawdę jest ładna, ale Madge nie włożyłaby jej, gdyby nie wyjątkowa okazja. Zaciska usta, po czym się uśmiecha.
– Jeśli mam jechać do Kapitolu, to chcę ładnie wyglądać. Dziwisz się?
Tym razem Gale wydaje się skołowany. Czy Madge mówi poważnie? A może się z niego nabija? Moim zdaniem to drugie.