Idąc, zerkam na Gale’a. Nadal kipi złością, choć stara się to zamaskować kamiennym wyrazem twarzy. Jego napady wściekłości wydają mi się bezsensowne, ale nigdy mu tego nie mówię. Właściwie się z nim zgadzam, tylko co komu z tego, że w środku lasu ktoś sobie pokrzyczy przeciwko Kapitolowi? To niczego nie zmieni. Świat nie stanie się lepszy. Nasze brzuchy się nie napełnią. Co gorsza, hałasy płoszą zwierzynę. Mimo to nie protestuję. Lepiej niech się wydziera na odludziu niż w dystrykcie.
Dzielimy się łupami. Na każdego z nas przypadają po dwie ryby, dwa bochenki dobrego chleba, zielenina, litr poziomek, sól, parafina i trochę pieniędzy.
– Widzimy się na placu – mówię.
– Ubierz się ładnie – odpowiada głucho.
Gdy wracam do domu, widzę, że mama i siostra są gotowe do wyjścia. Mama włożyła elegancką sukienkę z czasów pracy w aptece. Prim ma na sobie mój strój z pierwszych dożynek, spódnicę i marszczoną bluzkę. Jest na nią nieco za duży, ale mama podpięła go agrafkami. Mimo to na plecach bluzka wysuwa się ze spódnicy.