Igrzyska śmierci
Suzanne Collins — Dla dzieci

Chronię Prim najlepiej, jak potrafię, jednak podczas dożynek jestem bezsilna. Narasta we mnie ból, jak zawsze, gdy ona cierpi. Nie chcę się z nim zdradzić. Zauważam, że jej bluzka znowu się wysunęła ze spódnicy, z trudem zachowuję spokój.

– Schowaj ogonek, kaczuszko – mówię i poprawiam bluzkę na plecach.

Prim chichocze.

– Kwa – odpowiada półgłosem.

– Odkwacz się – śmieję się cicho. Tylko Prim potrafi mnie tak rozbawić. – Chodź, zjemy coś – dodaję i muskam ustami czubek jej głowy.

Ryba i zielenina już się gotują w gulaszu, na kolację. Zostawimy też poziomki i chleb z piekarni na wieczór, żeby był wyjątkowy. Zadowalamy się mlekiem od Damy, kozy Prim, i zagryzamy je kiepskim chlebem z ziarna za astragal. I tak apetyty nam nie dopisują.

O pierwszej ruszamy na plac. Obecność obowiązkowa, chyba że jest się jedną nogą w grobie. Dzisiejszego wieczoru urzędnicy będą składali ludziom wizyty, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają. Jeśli ktoś wprowadzi ich w błąd, trafi do więzienia.