Igrzyska śmierci
Suzanne Collins — Dla dzieci

– Hej, Kotna – wita mnie. Tak naprawdę mam na imię Katniss, ale kiedyś, gdy mu się przedstawiałam, mówiłam ledwie słyszalnym szeptem, i uznał, że nazywają mnie Kotna. Potem jakiś stuknięty ryś zaczął za mną łazić po całym lesie i przezwisko przylgnęło do mnie na dobre. W sumie rysiowi chodziło tylko o ochłapy mięsa, ale i tak musiałam go zabić, bo płoszył zwierzynę. Nawet żałowałam, bo przywykłam do jego towarzystwa, ale przynajmniej nieźle zarobiłam na futrze.

– Patrz, co upolowałem. – Gale podnosi bochen chleba przebity strzałą, a ja się śmieję. To najprawdziwszy chleb z piekarni, a nie płaski, zakalcowaty placek z przydziału zbożowego. Biorę go w ręce, wyciągam strzałę i przysuwam nos do dziury w skórce. Wdycham aromat, od którego ślina napływa mi do ust. Chleb taki dobry jak ten jest na wyjątkowe okazje.

– Mhm, jeszcze ciepły – mówię. Gale musiał bladym świtem zjawić się w piekarni na wymianę. – Ile cię kosztował?

– Tylko wiewiórkę. Tego ranka staruszek chyba się rozkleił – wyjaśnia. – Nawet życzył mi szczęścia.

– Dzisiaj wszyscy czujemy się sobie nieco bliżsi – zauważam, i nawet nie chce mi się przewrócić oczami. – Prim zostawiła nam ser. – Wyciągam pakunek.