Igrzyska śmierci
Suzanne Collins — Dla dzieci

Na ten widok Gale się rozpromienia.

– Dzięki, Prim. To będzie prawdziwa uczta. – Nieoczekiwanie zaczyna mówić z kapitolińskim akcentem i udaje Effie Trinket, przesadnie rozentuzjazmowaną kobietę, która pojawia się raz w roku, aby odczytać nazwiska podczas dożynek. – Niemal zapomniałem! Wesołych Głodowych Igrzysk! – Zrywa kilka jeżyn z krzewów blisko nas. – I niech los... – Wysokim łukiem rzuca jedną z nich w moją stronę.

Chwytam ją w usta i rozgryzam delikatną skórkę. Słodkokwaśny sok tryska mi na język.

– ...zawsze wam sprzyja! – kończę równie entuzjastycznie. Musimy żartować, inaczej zwariowalibyśmy ze strachu. Poza tym kapitoliński akcent jest taki afektowany, że cokolwiek się powie, brzmi śmiesznie.

Przypatruję się, jak Gale wyciąga nóż i kroi chleb. Mógłby być moim bratem. Takie same czarne, proste włosy, oliwkowa skóra, nawet oczy mamy podobnie szare. Nie łączy nas jednak pokrewieństwo, w każdym razie na pewno nie bliskie. Większość członków górniczych rodzin jest do siebie podobna.