Nie miał jednak zamiaru wracać do pracy śledczego. Zatrudnił się na uniwersytecie, zajął wykładaniem i w ostatnim czasie wreszcie uzyskał habilitację. Od tamtej pory formalnie mógł się tytułować profesorem UO.
Nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie go ciągnęło do dawnego zawodu. A jednak teraz bez wahania skorzystał z oferty Domańskiego. Czy kierowało nim to, o czym niegdyś mówiła żona Edlinga? Magnetyczne przyciąganie zbrodni?
Być może. Bardziej frapujący zdawał się jednak powód, dla którego prokurator okręgowy zjawił się akurat u niego.
– Powiesz mi, o co chodzi? – odezwał się Gerard, gdy ruszyli w kierunku Matejki. Szacował, że o tej porze dojazd na miejsce zdarzenia nie zabierze im więcej niż dziesięć minut.
– Mówiłem ci. Na wodzie są zwłoki.
– Tyle że ja nie jestem specjalistą od pontonów, ale od mowy ciała – zauważył Edling. – A martwe wiele nie powie.
– Znam takich, co sądzą inaczej.
– W takim razie powinieneś zwrócić się do nich – odparł Gerard i obróciwszy się do rozmówcy, przez moment wbijał w niego wzrok. – Dlaczego zjawiłeś się u mnie?
– Bo na piersi ofiary ktoś wypalił gigantyczny pytajnik.