– Kiedy usłyszałem od siostry, co się wydarzyło, byłem w stanie myśleć tylko o tym, czy ostatecznie udało mu się zrobić to zdjęcie. Miałem nadzieję, że aparat nie spadł razem z nim, bo, no wiesz, byłoby naprawdę szkoda. Umrzeć z powodu miłości do fotografii i nie zrobić ostatniego zdjęcia, które przypłaciło się życiem.
Jego słowa doprowadzają mnie do śmiechu. Choć nie jestem pewna, czy powinnam się śmiać.
– Zawsze mówisz dokładnie to, co myślisz?
Wzrusza ramionami.
– Większości ludziom nie.
Uśmiecham się. Podoba mi się, że choć mnie nie zna, z jakiegoś powodu nie uważa mnie za „większość ludzi”.
Opiera się plecami o balustradę i splata ręce na piersi.
– Urodziłaś się w Bostonie?
Kręcę głową.
– Nie. Po studiach przeprowadziłam się tu z Maine.
Marszczy nos i wygląda to całkiem seksownie – facet w koszuli Burberry i z fryzurą za dwieście dolarów, który robi śmieszne miny.
– Więc trafiłaś do bostońskiego czyśćca, co? To musi być okropne.
– Co masz na myśli?
Kącik jego ust lekko się unosi.
– Turyści traktują cię jak miejscową, miejscowi traktują cię jak turystkę.
Śmieję się.
– Rany, to bardzo trafny opis sytuacji.