– Mieszkam tu od dwóch miesięcy. Nie trafiłem jeszcze nawet do czyśćca, więc idzie ci lepiej niż mnie.
– Co cię sprowadza do Bostonu?
– Robię specjalizację. Poza tym mieszka tu moja siostra. – Stuka nogą w dach i dodaje: – Właściwie to mieszka tuż pod nami. Wyszła za łebskiego bostończyka i kupili sobie całe ostatnie piętro.
Spoglądam w dół.
– Całe?
Kiwa głową.
– Ten cholerny farciarz pracuje w domu. Nawet nie musi zdejmować piżamy, a rocznie zarabia siedmiocyfrowe kwoty.
Rzeczywiście, cholerny farciarz.
– Robisz specjalizację? Jesteś lekarzem?
Potakuje.
– Neurochirurgiem. Został mi jeszcze tylko niespełna rok i będę mógł się tak oficjalnie nazywać.
Elegancki, wygadany, a do tego bystry. I w dodatku pali trawę. Gdyby to było pytanie w teście, zaczęłabym się zastanawiać, który z tych elementów nie pasuje do obrazka.
– Czy lekarze powinni palić trawę?
Uśmiecha się cierpko.
– Pewnie nie. Ale gdybyśmy od czasu do czasu sobie na to nie pozwalali, to wierz mi, o wiele więcej z nas skakałoby z takich dachów. – Znowu spogląda przed siebie, opierając brodę na przedramionach. Zamyka oczy, jakby rozkoszował się podmuchem wiatru na twarzy. W takim wydaniu nie wygląda aż tak onieśmielająco.