– Proszę, zejdź stamtąd. – Teraz to już raczej żądanie, mimo że użył słowa „proszę”. – Stoi tu siedem wolnych krzeseł.
– O mały włos zostałoby sześć – mówię, przypominając mu, że właśnie próbował wykończyć jedno z nich.
Nie dostrzega w mojej odpowiedzi niczego zabawnego. Widząc, że nie mam zamiaru wypełnić jego polecenia, robi dwa kroki w moją stronę.
– Tylko dziesięć centymetrów dzieli cię od śmierci. A ja mam jej dość jak na jeden dzień. – Znowu mi pokazuje, żebym zeszła. – Przez ciebie zaczynam się denerwować. Nie wspominając o tym, że psujesz mi haj.
Przewracam oczami i przerzucam nogi na stronę dachu.
– Broń Boże, żeby skręt miał się zmarnować. – Zeskakuję na dół i wycieram ręce o dżinsy. – Lepiej? – pytam, ruszając w jego stronę.
Gwałtownie wypuszcza powietrze, jakby dotąd, widząc mnie na balustradzie, wstrzymywał oddech. Mijam go, idąc ku tej stronie dachu, z której roztacza się lepszy widok, i przy okazji jestem zmuszona zauważyć, że niezłe z niego ciacho.
Nie. Ciacho brzmi obraźliwie.