Nie potrafiła wymazać z pamięci beznamiętnego wzroku Artura, który wczoraj, zamiast się z nią kochać jak w prawie każdy piątek, zakomunikował, że to już koniec. Definitywny. Jego żona była w ciąży. Wymarzonej i długo wyczekiwanej. „Przecież to rozumiesz. Wiem, że to zrozumiesz…” Takie słowa usłyszała od kochanka, który w ciszy zamknął za sobą drzwi. Została sama. Ze swą miłością i naiwnością. Z żałobą po facecie, dla którego zrezygnowała z normalnego życia. Takiego, w którym po zakochaniu i pierwszych namiętnych szaleństwach przychodzi zwykle czas na ślub, dzieci. Na codzienność – wykańczającą i pokrzepiającą jednocześnie. Dodającą wiary w to, że wszystko jest tak, jak powinno być.
Miała czterdzieści lat i świadomość, że o jej życiu nie da się tego powiedzieć. Niestety, dopiero teraz, w dodatku powoli, zaczynało do niej docierać, że przez Artura zmarnowała czas, wiele cennego czasu, który powinna była poświęcić na normalne życie.
Słyszała, jak Mańka schodzi ze schodów i mamrocze coś pod nosem. Po czym rozległo się otwieranie drzwi garderoby i słowa: „O Boże! Tu jak zwykle porządniej niż w sali operacyjnej szpitala dla bogaczy!”.
Po kilku sekundach rozległ się krzyk.