Mańka nie czekała na jej reakcję. Przystąpiła do ataku. Szarpnęła granatową satynę tak mocno, że kołdra wylądowała na podłodze obok szerokiego łóżka o zimnej białej i fikuśnie powyginanej ramie.
– Jak można takie długie nogi aż tak pozawijać?!
We wzroku Mańki dostrzegła uznanie. Patrzyły na siebie w milczeniu, które oczywiście zwyczajowo miało za moment minąć za sprawą Mańki.
– Ktoś ci umarł, że aż tak się zryczałaś?!
W odpowiedzi kiwnęła tylko głową.
– Kto?!
W głosie przyjaciółki słychać było lekką niepewność.
– Miłość – odpowiedziała natychmiast i znów zaniosła się płaczem.
Do tej pory starała się powstrzymać przy Mańce spazmatyczne ataki płaczu, żeby nie dostać od razu po łbie za histeryzowanie.
– Chyba żartujesz?! – Głos Mańki był kpiący. – Przecież ta twoja tak zwana miłość była trupem od samego początku.
– Nie mów tak – poprosiła, żałując, że nie może schować się nie pod kołdrą, ale gdzieś w okolicy jądra Ziemi.