Nie znosił tego, co ta kobieta wyczyniała. A jednocześnie to uwielbiał.
Ledwo ta myśl się pojawiła, wraz z nią zalała go cała lawina podobnych. Jedne działały jak ciepły koc w środku zimy, inne jak otwarte na oścież okno o tej samej porze roku. Gerard z trudem potrafił okiełznać ich karuzelę.
Rosa jeszcze przez chwilę taksowała go spojrzeniem, nim obniżyła głos i przyjąwszy jego ton, powiedziała:
– Dzień dobry, Gocha. Miło mi cię widzieć po półtora roku.
Wciąż nie wiedział, jak się zachować.
Ona miała sposobność, by przygotować się psychicznie i emocjonalnie na to spotkanie. On nie.
Podszedł do biurka, a potem rozejrzał się, jakby po raz pierwszy znalazł się w swoim niewielkim biurze. Przyciągnął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko Gochy.
– Możesz mi wyjaśnić, co tu robisz? – odezwał się.
– Wpadłam z wizytą.
– To już ustaliłem metodą organoleptyczną – odbąknął. – Ale…
– Jestem tu zawodowo.
Było to dla niego nie mniej oczywiste niż fakt, że siedziała teraz przed nim. Od półtora roku nie mieli żadnego kontaktu. I nie nawiązałaby go, gdyby chodziło o sprawy natury osobistej.
Gośka sięgnęła do torebki, po czym wyjęła z niej jakieś zdjęcie i położyła je na biurku.
– Rzuć okiem – poleciła.